czwartek, 22 lipca 2010

W krainie kawy

Po kilku dniach spedzonych w Popayan przyjechalismy do Salento - malego miasteczka polozonego w samym sercu Kolumbii, w krainie, z ktorej pochodzi najbardziej znany kolumbijski produkt (...no moze po kokainie....), czyli kawa. Miasto sklada sie tak naprawde z duzego rynku i kilku ulic.
Poza weekendami, kiedy to Salento przezywa prawdziwy najazd kolumbijskich turystow, zycie toczy sie tu leniwie.

Glowna ulica, czyli Calle Real prowadzi wprost na punkt widokowy, z ktorego widac miasteczko i okoliczne gory.

Bedac tutaj nie moglismy nie pojsc na plantacje kawy. Dotarlismy do pieknej hacjendy, w ktorej mial sie odbywac Tour del Cafe. Brama byla jednak zamknieta, wiec pozostalo nam podziwianie jej z zewnatrz.
 Na plantacji, poza krzakami kawy, roilo sie tez od pieknych egzotycznych kwiatow.
Po odwiedzeniu plantacji koniecznie musielismy skosztowac produktu finalnego, czyli filizanki goracej kawy w lokalnej kawiarni. Zaparzana jest ona tutaj w ogromnych ekspresach przypominajacych troche rosyjskie samowary.

środa, 21 lipca 2010

Dzien Niepodleglosci w Popayan

Droga z granicy ekwadorskiej zajela nam ponad osiem godzin. W koncu jednak dotarlismy do Popayan, czyli kolejnego na naszej trasie, po boliwijskim Sucre i peruwianskiej Arequipie, "bialego miasta".
Pierwszy szok przezylismy pytajac w kolejnych hotelach o ceny noclegow. Wahaly sie one w granicach 40-45 dolarow za pokoj, czyli zupelnie nie w naszym przedziale. Wreszcie udalo nam sie znalezc pokoj, w bardzo przyjemnym hotelu, za niecale 9 dolarow.

Dodatkowo bardzo mila wlascicielka dwa razy dziennie przygotowywala nam po kubku tinto - miejscowej czarnej slodkiej kawy.

Miasto ma ponad 250 tys. mieszkancow, ale w centrum w ogole sie tego nie odczuwa. Budynki sa glownie dwukondygnacyjne i prawie wszystkie pomalowane sa na bialo.



Po zmroku cale miasto oswietlone jest swiatlem, ktore nadaje mu jednolity pomaranczowy kolor.



Nasz pobyt w Popayan zbiegl sie z obchodami dwusetnej rocznicy niepodleglosci Kolumbii. W zasadzie to niepodleglosc uzyskala ona dopiero 19 lat pozniej, ale w 1810 rozpoczal sie caly proces. Z tej okazji w calym kraju odbywaly sie liczne imprezy. Na glownym placu Popayan ustawiona byla scena, a przygotowania i proby rozpoczely sie juz kilka dni wczesniej.


Niestety nie ze wszystkim zdazono na czas. Lawki trzeba bedzie dokonczyc pozniej.

Nikomu nie popsulo to jednak zabawy. Zaczelo sie oficjalnie od "parady wojskowej". Wlasciwie trudno to nazwac parada. Po prostu troche wojska i policji stalo w miejscu podczas gdy oficjele strzelali przemowienia, z ktorych kazde zaczynalo sie od kilkuminutowego wymienia "znakomitych" gosci.



Nam tez udzielil sie nastroj chwili i dalismy sobie pomalowac twarze w narodowe barwy Kolumbii.

W Popayan nie bylo prawie zadnych turystow. Dlatego, z naszym wzrostem i flaga na policzku, dla dzieci bylismy chyba najwieksza atrakcja calych uroczystosci. Nie moglismy ich zawiesc i dzielnie pozowalismy do wspolnych zdjec.

Po czesci oficjalnej, do wieczora, odbywaly sie koncerty miejscowych wykonawcow.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Juz w Kolumbii

Czesc ludzi slyszac "Kolumbia" od razu pomysli o kawie, Botero, czy Marquezie. Czesc o Shakirze. Innym przed oczami stanie wielka kula rudych wlosow Valderramy. Prawie wszyscy pomysla jednak od razu o kokainie, kartelu z Medellin, wojnach mafii narkotykowych i porwaniach dla okupu. Na szczescie te czasy naleza juz chyba do przeszlosci i dzis znow mozna odwiedzac ten piekny (mamy nadzieje) kraj. Jedynym swiadectwem tej nieodleglej przeszlosci sa wszechobecne kontrole policyjne. Mosty, jako cele strategiczne, sa tu szczegolnie strzezone. Poczas osmiogodzinnej podrozy z granicy ekwadorskiej do Popayan minelismy niezliczona ilosc, uzbrojonych po zeby w bron krotka i karabiny maszynowe, patroli policyjnych. Funkcjonariusze wchodzili do autobusow, pytali o cel podrozy, legitymowali pasazerow, a nawet przetrzepywali czesc bagazy w poszukiwaniu narkotykow. Nas (chyba jako turystow) oszczedzili. I cale szczescie, bo otworzenie naszych dokladnie osiatkowanych plecakow troche by trwalo.
Podobnie w Popayan, na kazdym skrzyzowaniu sa policjanci. Glownie zajmuja sie oni kierowaniem ruchem, ale ich obecnosc zapewnia tez wieksze bezpieczenstwo na ulicach.
Poza tym Kolumbia to przepiekne, zielone gory, glebokie kaniony, ogromne kolorowe kwiaty i ludzie siedzacy w fotelach lub hamakach na ocienionych werandach swoich domow. Jest tu zdecydowanie mniej Indian. Wydaje sie, ze najwiecej jest czarnoskorych. Coraz wiecej spotyka sie tez bialych.
W przeciwienstwie do Ekwadoru, gdzie przez trzy tygodnie naszego pobytu (i wnioskujac z opowiesci innych ludzi przez poprzedni miesiac tez) dominowaly chmury, mamy wreszcie slonce i prawdziwie tropikalny upal.

sobota, 17 lipca 2010

Quito - deszczowa stolica

Quito przywitalo nas deszczem. A nawet porzadna ulewa i burza z piorunami. Caly pierwszy dzien padalo. Musielismy wiec szybko znalezc sobie jakies lokum. Zatrzymalismy sie w pierwszym napotkanym hotelu, po wynegocjowaniu ceny 5 dolarow za pokoj. Zadna rewelacja, ale hotel znajdowal sie w scislym historycznym centrum, a my dostalismy duzy pokoj z balkonem. Nastepnego dnia zorientowalismy sie, ze bylismy jedynymi goscmi, choc ludzi krecilo sie sporo. Obsluga caly czas sprzatala i wymieniala posciel i reczniki. Potrzebowalismy kolejnej doby, zeby zauwazyc, ze wszystkie pokoje sa wynajmowane, ale krotkoterminowo - na godziny. Spragnieni uciech panowie kolo 60-tki przychodzili tu ze swoimi mlodymi (i nie tylko) kochankami.

Na szczescie nastepnego dnia po naszym przyjezdzie swiecilo juz slonce. Moglismy wiec w pelni docenic urok miasta. Jego niezliczone koscioly, nastrojowe place i waskie ulice.





Tuz obok glownego placu, w pieknie odrestaurowanym zabytkowym budynku, znajduje sie Centro Cultural Metropolitano. Jest to przyklad udanego polaczenia starego z nowym. Wejsciowy dziedziniec to w polowie stare, dwupoziomowe arkady, a w polowie sciana z czerwonej cegly. W centrum znajduje sie muzeum z ekspozycja fotografii Pedro Meyera, wielka biblioteka oraz sale zajec dla dzieci i mlodziezy.

Z tarasu na dachu roztacza sie piekny widok na okoliczne uliczki i Plaza Grande.

Tutejsze koscioly sa rownie piekne z zewnatrz, co i w srodku. Chyba nigdzie nie widzielismy takiego nagromadzenia wspanialych wnetrz koscielnych w jednym miescie. Wszystkie sa bardzo bogato zdobione. Wrecz ociekaja zlotem - nie tylko glowny oltarz, ale rowniez boczne, a nawet sciany i sklepienia wykonczone sa zlotem. Podobno na wykonczenie wnetrza miejscowego kosciola jezuitow zuzyto 7 ton tego kruszcu.

Zdecydowanie najmniej ciekawym z odwiedzonych przez nas kosciolow byla dwudziestowieczna Basilica  del Voto Nacional. Ta pseudogotycka betonowa konstrukcja ma jednak jedna niepodwazalna zalete - z jej wiez roztacza sie cudowny widok na miasto i okolice.


Nowa czesc miasta  ma mniej uroku, choc tez jest bardzo ciekawa. Tutaj tez znajduje sie wiekszosc hoteli, klubow i restauracji. Jednak najwieksza jej zaleta jest duza ilosc parkow. Sa one miejscem spotkan mieszkancow w kazdym wieku. Znalezc tu mozna tez nieprawdopodobna ilosc boisk - do kosza, siatkowki, czy pilki noznej, bieznie, sciezki zdrowia, a nawet rowerowy tor crossowy.



Na srodku swiata

Ekwador znany jest glownie z trzech rzeczy: Galapagos, bananow i rownika, od ktorego wzial swoja nazwe. Nie moglismy wiec nie pojechac do miejsca, gdzie stykaja sie obie polkule. Mitad del Mundo, czyli srodek swiata, polozony jest okolo 20km od Quito i mozna tam dojechac komunikacja miejska. Na miejscu znajduje sie duzy park, ktorego centralnym punktem jest wielki obelisk z modelem Ziemii. Na chodnikach do niego prowadzacych widoczna jest zolta linia pokazujaca przebieg rownika, wyznaczonego tu przez XVIII-stowieczna ekspedycja francuska.
Poza obeliskiem w parku znajduje sie kilka pawilonow mieszczacych rozmaite ekspozycje, w tym m.in. niesamowicie dokladne modele Quito, Cuenci i Guayaquil. Na nas najwieksze wrazenie wywarla jednak kolekcja owadow z roznych krajow Ameryki Poludniowej i Azji - takie male przygotowanie przed wyjazdem do dzungli. Ogromne zuki, pajaki i swierszcze wygladaly dosc przerazajaco. Cale szczescie, ze bardzo kolorowe motyle troche lagodzily nastroj.



Jak sie okazalo po dokladnych pomiarach GPS-em rownik przebiega okolo 200 metrow dalej od oficjalnego kompleksu. Powstalo wiec tu niewielkie muzeum Inti Nan, czyli Droga Slonca, w jezyku miejscowych Indian. Jest to miniaturowy skansen z chatami indianskimi z roznych regionow ekwadorskiej Amazonii. Najciekawsza jest jednak ostatnia czesc zwiedzania, czyli roznorakie eksperymenty i demonstracje zwiazane z rownikiem, w tym m.in. wypuszczanie wody ze zlewu, czy ustawianie jajka na lebku gwozdzia. Na linii oznaczajacej rownik woda splywala rownomiernie, bez zadnych wirow. Po przesunieciu zlewu o 2 metry na polkule polnocna tworzyla wir krecacy sie przeciwnie do wskazowek zegara. Na polkuli poludniowej odwrotnie - zgodnie ze wskazowkami zegara.


W tradycyjnej chacie ekwadorskiej nie moglo oczywiscie zabraknac malej zagrody dla swinek morskich, bedacych specjalnoscia kuchni peruwianskiej i ekwadorskiej.

piątek, 16 lipca 2010

Mundial po poludniowoamerykansku

Poludniowa Ameryka byla chyba najlepszym (oczywiscie po RPA) miejscem na swiecie do sledzenia mistrzostw swiata w pilce noznej. Tutaj wszyscy zyja futbolem, bez wzgledu na wiek i plec. Telewizory byly wszedzie - w knajpach, sklepach, hotelach. Na glownych placach Limy i Quito ustawione byly wielkie telebimy, na ktorych wyswietlano na zywo wszystkie mecze, choc wiekszosc Peruwianczykow juz nie pamieta kiedy ostatnio grali w finalach. Doskonale pamietaja za to Ekwadorczycy. Nie omieszkali zreszta nam przypomniec, ze 4 lata temu, w Niemczech, dostalismy od nich baty - skonczylo sie na 2:0.
Poniewaz ani Peru, ani Ekwador nie graly w RPA, pozostalo kibicowac innym, oczywiscie TYLKO druzynom z Ameryki Poludniowej. Od poczatku wszyscy byli bardzo dumni, ze tutejsze druzyny wszystko wygrywaly, a europejskie, no coz, nie zaczely najlepiej. Jeszcze w przerwie cwiercfinalowego meczu Brazylii z Holandia cieszyli sie, ze w polfinalach beda 4 druzyny poludniowoamerykanskie. Niespelna godzine pozniej juz wiedzieli, ze tak nie bedzie...
Osobna historia to transmisje telewizyjne przerywane reklamami. W Peru byly one jeszcze "w miare" dyskretne. Po prostu co jakis czas przerywano komentarz i lektor czytal reklamy. Telewizja ekwadorska poszla jednak o krok dalej. Co 10 minut zwezala obraz o 1/4 i w dole puszczala reklamy. Oczywiscie komentarza w tym czasie tez nie bylo, wiec trudno bylo sie skupic na meczu i po tygodniu mialem juz dosc sluchania jak Hino (tutejsza marka ciezarowek) buduje Ekwador. Poza tym co chwile mozna bylo slyszec okrzyki typu "Naprzod Urugwaj!!! Naprzod z Coca-Cola" itp.

wtorek, 13 lipca 2010

Z Banos do Puyo na rowerze

Poza wszystkimi opisanymi juz przez nas wczesniej atrakcjami, jakie oferuje Banos, jest jeszcze jedna, bardzo popularna. Za jedyne 5 dolarow mozna na caly dzien wypozyczyc rower i pojechac do oddalonego o 61km Puyo. Jest to niewielkie miasteczko lezace na skraju ekwadorskiej dzungli. Asia nie czula sie najlepiej i zostala w hostelu, a ja wypozyczylem rower i ruszylem w droge, w dol niezwykle malowniczej doliny Rio Pastaza.



Pierwsze 17km to tzw. Ruta de las Cascadas. Cala dolina utkana jest licznymi wodospadami. Niemal przy kazdym z nich znajduja sie stalowe wozki zawieszone na linie ponad rzeka. Dzieki nim mozna dostac sie tuz pod wodospad.

Przez jeden z wodospadow trzeba nawet przejechac. Woda splywa tu z nadwieszonej nad droga skaly.

Wraz z uplywem kilometrow roslinnosc stawala sie coraz bardziej gesta, a zielen intensywna. Pojawialo sie coraz wiecej bananowcow i innych egzotycznych roslin. Slonce tez przygrzewalo coraz mocniej.



W pewnym momencie na niebie pojawily sie ciemne chmury i chwile pozniej lunal deszcz. Po chwili bylem zupelnie przemoczony. Na domiar zlego nigdzie nie widac bylo zadnego schronienia. Nie pozostalo wiec nic innego tylko dalej mozolnie wspinac sie pod gore. Na szczescie tropikalne ulewy maja to do siebie, ze koncza sie rownie szybko co zaczynaja. Chmury na przemian ze sloncem towarzyszyly mi juz jednak do konca dnia.


Po okolo 3,5 godziny dojechalem do Puyo. Samo miasto nie bylo zbyt ciekawe, wiec ruszylem w droge powrotna. Po przejechaniu kilku kilometrow zaczalem sie znow przyblizac do "strefy deszczu". Zatrzymalem wiec pierwszy nadjezdzajacy autobus i zza szyby moglem podziwiac promienie slonca odbijajace sie w mokrych lisciach oraz dwie piekne tecze rozpiete ponad zielonymi wzgorzami.