piątek, 23 kwietnia 2010

Potosi - w cieniu Srebrnej Gory

Nasz pobyt w Potosi zaczal sie od malego zgrzytu. Okazalo sie, ze w zadnym z bardzo licznych tu bankomatow nie moglismy wyplacic gotowki. Pol dnia spedzilismy biegajac od jednego do drugiego i wszedzie byl ten sam rezultat. Co gorsza okazalo sie, ze z naszymi polskimi kartami nie moglismy tez wyplacic pieniedzy w kasach bankow. Bylismy wiec ugotowani. Mielismy co prawda jeszcze jakis zapas gotowki, ale w perspektywie ciagle jeszcze cztery miesiace podrozy i zadnych gwarancji, ze dalej obedzie sie bez podobnych problemow. W efekcie stracilismy caly dzien na chodzenie od banku do banku. W koncu ustalilismy jednak, ze nasz polski bank przesle nam gotowke przez MoneyGram i rychlo rozwiaze ten problem. Moglismy wiec zaczac cieszyc sie miastem.
Potosi zapiera dech w piersiach i to doslownie. Znajduje sie ono bowiem na wysokosci 4060 m n.p.m. i jest najwyzej polozonym miastem na swiecie. Jego zwiedzanie nie jest zatem wcale takie proste.




Waskie uliczki, kamienice z bogato zdobionymi portalami i drewnianymi balkonami, liczne koscioly i muzea, do tego niebieskie niebo i wielokolorowa Cerro Rico, zwana tez czasem Srebrna Gora, w tle. To wlasnie znajdujacym sie w niej pokladom srebra miasto zawdzieczalo swoj gwaltowny rozwoj. W XVI wieku bylo wieksze nawet od Paryza czy Rzymu. Kazdy sukces ma jednak swoja cene. Przy wydobyciu srebra i cyny w tutejszych kopalniach zginelo w sumie na przestrzeni wiekow 8 milionow ludzi.


 Podobnie jak wiekszosc odwiedzajacych Potosi udalismy sie wiec na Cerro Rico, aby przyjrzec sie pracy gornikow. W dalszym ciagu trwa bowiem wydobycie i liczne agencje turystyczne oferuja wycieczki do dzialajacych kopalni. Nie zdecydowalismy sie jednak na zadna z nich a jedynie poszlismy zobaczyc kopalnie z zewnatrz. Trafilismy akurat na przerwe w pracy. Wielu gornikow jadlo almuerzo (obiad). Mijalismy tez dzieci i kobiety zanoszace posilek swoim ojcom i mezom.
Codzienne zycie gornikow, przede wszystkim dzieci pracujacych w tutejszych kopalniach pokazuje film dokumentalny "Devil´s Miners", ktory mielismy okazje obejrzec w Sucre. Jego bohaterem jest czternastoletni chlopiec, polsierota, ktory od czterech lat pracuje w kopalni. Jego dzienny zarobek to zaledwie rownowartosc czterech dolarow. Pracuja przy uzyciu podstawowych narzedzi na glebokosci do nawet kilkuset metrow pod powierzchnia ziemii. Kopalnie to tak naprawde wydrazone w skale tunele, bez jakichkolwiek zabezpieczen i urzedzen pomiarowych.Dlugie przebywanie w takich warunkach powoduje pylice pluc. Dlatego gornicy dozywaja okolo 35-40 lat, o ile oczywiscie wczesniej nie ulegna wypadkowi.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Salar de Uyuni

Obowiazkowym punktem kazdego pobytu w Boliwii jest wycieczka do Salar de Uyuni. Mozna ja zrobic w zasadzie tylko korzystajac z miejscowej agencji. Pozostalo nam tylko zdecydowac czy ruszyc z Tupizy, czy tez dojechac do Uyuni i skorzystac z uslug tamtejszych biur. Ta pierwsza opcja byla drozsza, ale wybralismy wlasnie nia, gdyz pozwalala nam zobaczyc wiecej. Caly wyjazd trwal 4 dni i prowadzil bezdrozami poludniowej czesci plaskowyzu Altiplano. W tym czasie przejechalismy okolo 1200 km osiagajac wysokosc ponad 5000m n.p.m. Poza nami w naszym jeepie byli: Diete- nasz boliwijski przewodnik i zarazem kierowca, Andy z Londynu i dwoch Australijczykow: Matt i Ryan. Wszyscy tworzylismy calkiem zgrana ekipe i bardzo dobrze sie razem bawilismy.

DZIEN 1
Juz pierwszego dnia, kiedy wspielismy sie waska droga na szczyt jednej z gor, moglismy zobaczyc krazace ponad naszymi glowami ogromne kondory. W dole sterczaly czerwone skaly opadajace pionowo do, znajdujacej sie ponad sto metrow nizej zielonej doliny. Lagodniejsze zbocza porastaly natomiast kilkumetrowe kaktusy. Podczas przerwy na lunch towarzyszyly nam stada lam ze smiesznymi, kolorowymi pomponikami w uszach, ktorymi hodowcy oznaczaja swoje zwierzeta.

Po raz pierwszy moglismy sprobowac miesa lamy w pysznych tamales (rodzaj golabkow zawinietych w liscie kukurydzy) oraz lisci koki, ktore pomagaja zniesc dolegliwosci zwiazane z duzymi wysokosciami i w smaku przypominaja troche gorzkawa zielona herbate. Zucie lisci koki jest bardzo popularne w Boliwii; ich hodowla oraz sprzedaz jest tutaj legalna i ma kilkutysiacletnia historie. Na noc zatrzymalismy sie w San Antonio de Lipez- niewielkiej i bardzo biednej wiosce. Jedynym zrodlem dochodow jej mieszkancow sa nieliczni turysci zatrzymujacy sie na noc. Domy  zbudowane byly z bloczkow z suszonego blota i kryte sloma.

DZIEN 2
Drugiego dnia ruszylismy w droge jeszcze przed switem. Wschod slonca przywital nas w ruinach starej, inkaskiej wioski, polozonej u stop gory, w ktorej znajdowaly sie znaczne poklady srebra. Gdy na te tereny przybyli Hiszpanie, zmusili miejscowych Indian do niewolniczej pracy w miejscowych kopalniach, pozwalajac im wychodzic na powierzchnie tylko raz w miesiacu. Inkowie w koncu sie zbuntowali i udalo im sie przegnac Hiszpanow, po czym wrocili do swego dawnego zycia, z wielokrotnymi malzenstwami i skladaniem dzieci w ofierze bogom. To wszystko doprowadzilo do wyludnienia wioski. Dopiero w XX wieku podjeto probe ponownego zasiedlenia wsi i ekspoatacji kopalni. Jednak kazdy kto sie wprowadzil slyszal podobno w nocy dziwne glosy i szybko wariowal. Podobnie kazda proba ponownego otworzenia kopalni konczyla sie fiaskiem. Korytarze sie zawalaly grzebiac w nich ludzi. Byla to kara za obudzenie spiacego boga Tio.
W trakcie wyprawy nie obylo sie tez bez nieoczekiwanych przygod. Jeden z samochodow zepsul sie w srodku pustkowia i nie byl w stanie dalej pojechac.

Czekal nas wiec kilkugodzinny przymusowy postoj, w trakcie ktorego kierowcy musieli go naprawic.
Wreszcie dojechalismy do zrodel termalnych Aqua Calientes, gdzie moglismy skorzystac z dobrodziejstw goracej kapieli w pieknych okolicznosciach przyrody.

O wiele mniej przyjaznie, choc rownie imponujaco, wygladaly gejzery Sol de Manana, polozone 5000m n.p.m. Powietrze przesycone bylo zapachem siarki, a z poszczegolnych dziur w ziemii wydobywal sie blotne bable i fontanny do dwoch metrow wysokosci.


DZIEN 3
Po kolejnej nieprzespanej nocy (wysokosc 4600m n.p.m. dawala sie wszystkim we znaki) dojechalismy do jednej z glownych atrakcji calej wycieczki Laguny Colorada slynacej z niesamowitej gry kolorow.

Dzieki czerwonym algom woda ma charakterystyczna czerwona barwe. Przy brzegu wystepowaly tu tez gorace zrodla, co w polaczeniu z przerazliwym chlodem poranka dawalo niezwykle widowiskowy efekt unoszacych sie mgiel. Calosci dopelnialy brodzace w wodzie rozowe flamingi.
Dalej droga wila sie kamienna pustynia mijajac po drodze kolejne jeziora i niesamowite formy skalne, w tym Arbol de Piedra, czyli kamienne drzewo, az w koncu dotarlismy do podnoza dymiacego wulkanu Ollague.

 Bardziej ciekawe od samego wulkanu byly jednak niezwykle formy skalne pochodzenia wulkanicznego.

Abstrakcyjne, wyoblone ksztalty z ogromnymi przewieszeniami wygladajace jak fale zastyglej lawy.
Jadac srodkiem wielkiego slonego jeziora Salar de Chiguana zostalismy nagle zatrzymani przez kilkunastoletnia dziewczynke. To niemieckie malzenstwo z dwiema corkami w wieku okolo 8 i 12 lat, podrozujace przez Ameryke na dwoch motorach, chcialo dopytac sie o dalsza droge.
Jadac salarem zauwazylismy tez ciekawe zjawisko. Otaczajace nas gory odbijaly sie w powierzchni soliska jak w zwierciadle. Nie bardzo wiedzielismy, co jest rzeczywiste i gdzie konczy sie horyzont. Najciekawiej wygladaly male wyspy - jak lezki zawieszone w przestworzach. Wszystko to dzialo sie jednak bez kropli wody. To rozgrzane sloncem powietrze, w polaczeniu z krysztalkami soli powodowaly to zjawisko.
Wreszcie ok. 17.00 dojechalismy do celu - solnego hotelu na skraju Salar de Uyuni, w ktorym mielismy spedzic kolejna noc.

Jego sciany w calosci zbudowane byly z bloczkow soli polaczonych zaprawa z soli rozpuszczonej w wodzie z niewielkim dodatkiem cementu. Podloge stanowily wysypane grudki soli i nawet meble oraz elementy wykoczenia (lozka, stoly, krzesla, zyrandole) wykonane byly z soli.

DZIEN 4
Ostatni dzien to najwieksza atrakcja calej wycieczki, czyli Salar de Uyuni. Jest to ogromne slone jezioro o powierzchni 12000 km2. W porze deszczowej przykryte jest warstwa wody. Przez wiekszosc roku jest to jednak jaskrawo biala, plaska powierzchnia solnej skorupy, na ktorej od czasu do czasu wyrastaja wyspy porosniete kaktusami.

Gdzie tylko spojrzec widac iskrzaca sie w sloncu biel podloza oraz blekit nieba.



Koncowym punktem programu bylo cmentarzysko pociagow - oddalone o kilka kilometrow od Uyuni zlomowisko lokomotyw, wagonow i torow kolejowych. Wszystko porozrzucane po calym terenie i rdzewiejace robilo niesamowite wrazenie.

środa, 21 kwietnia 2010

Boliwijski Dziki Zachod

9 kwietnia, po szesciu tygodniach w Argentynie przekroczylismy granice boliwijska dokladnie 5121km od Ushuai. Mimo, ze tyle sie nasluchalismy o problemach przy wjezdzie do Boliwii i wymuszaniu lapowek przez celnikow, wszystko poszlo jak z platka.
Zaraz po wejsciu do autobusu z Villazon do Tupizy moglismy sie przekonac o zyczliwosci Boliwijczykow. Pani, ktorej pozyczylismy scyzoryk oddala go z ... nadzianym na niego kawalkiem mortadeli. Wewnatrz panowala atmosfera wesolego pikniku, co pozwala jakos przetrwac mordercza, wielogodzinna jazde po gruntowych drogach bolwijskich. W Boliwii wiekszosc drog nie posiada bowiem asfaltu. Po drodze musielismy przejechac przez kilka rzeczek, bo akurat nie bylo mostu. Mijane wioski byly duzo biedniejsze niz te po argentynskiej stronie. Wiekszosc domow budowana byla z gliny, a kryte trzcina dachy czesto byly po prostu dziurawe. Najciekawszy fragment trasy byl okolo 10km od Tupizy. Skaly opadaja tu pionowo tworzac kanion szeroki na zaledwie kilkanascie metrow i wysoki na okolo 100. Przez jedna z nich wydrazono tunel. Byla to po prostu dziura w skale, bez zadnej obrobki. Autobus kolysal sie na wybojach prawie uderzajac o wystajace bloki skalne. Do Tupizy dojechalismy wieczorem, a dzieki temu, ze zorganizowalismy sie w silna (siedmioosobowa) grupe, nocleg w baaardzo korzystnej cenie w zasadzie sam nas znalazl.
Boliwia to zupelnie inny swiat. Na ulicach panuje chaos. W miastach dominuje gwar ulicznych sprzedawcow, spora czesc pan (tzw. cholitas) ubrana jest w tradycyje stroje tj. szerokie, kolorowe spodnice, spod ktorych wystaja koronkowe halki, na glowach nosza meloniki lub kapelusze zdobione sztucznymi kwiatami. Calosci stroju czasem dopelnia dziecko noszone na plecach w wielobarwnej chuscie.

Gdy minal pierwszy szok zwiazany z tutejszymi cenami, postanowilismy skorzystac z okazji i wybralismy sie na kilkugodzinna wycieczke konna do pobliskich kanionow. Okoliczne krajobrazy przypominaly amerykanski  Dziki Zachod.


Dookola zywej duszy, polpustynny krajobraz z gigantycznymi kaktusami oraz kilkudziesieciometrowymi pionoymi czerwonymi skalami zapierajacymi dech w piersiach. Wreszcie dotarlismy do glownej atrakcji calej wycieczki, czyli Kanionu del Inca.

Tutaj nasze konie mialy chwile odpoczynku, po czym ruszylismy w droge powrotna do miasta.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

ABC Argentyny, czyli subiektywny alfabet Asi i Tomka

A
jak asado, czyli roznego rodzaju mieso i kielbaski pieczone na grillu (patrz: parrilla). Oczywiscie to najbardziej popularne to wolowina, ale na poludniu kraju (Patagonia i Ziemia Ognista) kroluje baranina.
B
jak Boca. To cieszaca sie niegdys nieciekawa slawa dzielnica portowa Buenos Aires, w ktorej w koncu XIX wieku narodzilo sie tango. Pelna kolorowych, niewielkich domkow z blachy i lokali oferujacych darmowe pokazy tanga.
C
jak churros - paluszki z ciasta wypelnione dulce de leche i posypane cukrem, oczywsicie smazone na glebokim tluszczu
D
jak dulche de leche. Cos jak nutella tylko karmelowe i bardzo slodkie. Dodawane do wiekszosci slodyczy i ciastek.
E
jak empanady, czyli rodzaj duzych pierogow pieczonych lub smazonych, z roznym wypelnieniem np. z miesem, kurczakiem, serem i szynka, serem i cebula itd.
F
jak Fernet, mocna ziolowa wodka mieszana z Coca-Cola, dzieki niemu ustrzeglismy sie klopotow z zoladkiem.
G
jak gauczo, czyli argentynski cowboy. Ponoc w Argentynie panowalo niepisane prawo, ze kazdy glodny moze bez zgody wlasciciela bezkarne zabic krowe, barana, koze (czyli cokolwiek mu sie nawinie pod noz ;-)))). Wystarczy, ze po zabiciu biednego zwierzecia zdejmie z niego skore razem z glowa i rozciagnie na najblizszym plocie. My bylismy bliscy skorzystania z tego prawa po przekroczeniu na Ziemii Ognistej granicy argentynsko - chilijskiej - wworzenie zagranicznej zywnosci do Chile jest zabronione, a droga do Ushuaia jest dluga.
H
jak humitas, czyli miejscowe golabki zawijane w liscie palmowe; w wydaniu argentynskim slabo doprawione za to o bardzo intensywnym zapachu.
J
jak jedzenie. Argentynczycy to bardzo miesozerny narod. Podstawowe danie to oczywicie asado. Wolowina rzeczywiscie jest wysmienita i w ogole nie smakuje jak ta z polskich sklepow. Poza tym bardzo popularne sa empanady, kielbasa przypominajaca nasza kaszanke (ale bez kaszy), locro (zupa gulaszowa). Poza tym Argentynczycy uwielbiaja pizze. Na deser przepyszne lody albo ciastka, ktore w wiekszosci zawieraja dulche de leche.
K
jak koszty. Argentyna nie jest jakos wyjatkowo tanim krajem. Na pewno najdrozsze jej czesci to Ziemia Ognista i Patagonia. Ceny najtanszych noclegow w dormitorium wynosza od 30 do 50 peso, obiad w restaracji to 20 peso na polnocy do 60 peso na Ziemii Ognistej. Najdrozsze sa jednak polaczenia autobusowe, kosztujace w Patagonii nawet 10 USD za 100km. W trakcie naszego pobytu w Argentynie kurs peso wynosil ok. 3,8 USD.
L
jak ludzie. Przez caly nasz pobyt w Argentynie spotkalismy sie wylacznie z zyczliwoscia i duza checia pomocy ze strony jej mieszkancow i to pomimo dzielacej nas bariery jezykowej (niestety nasz hiszpanski na razie nawet nie jest podstawowy). Na przyklad: Cesar, wspolwlasciciel hostelu El Manzano w ktorym zatrzymalismy sie na dwie noce w Bariloche, bezinteresownie podwiozl nas swoim samochodem na dworzec autobusowy.
M
jak Maradona, ktory jest w Argentynie uwielbiany. My spotkalismy go w Buenos Aires w dzielnicy La Boca. Oczywiscie byl to tylko... sobowtor Diego. Pilka nozna odgrywa ogromna role w zyciu Argentynczykow. Na kazdym skwerku widac chlopcow grajacych w pilke, boiska sa wlasciwie wszedzie, a mezczyzni potrafia ogladac pilke na okraglo w telewizji. Pomimo, ze prawie codziennie przez okragly rok rozgrywane sa mecze ligii argentynskiej i istnieje rowiez Copa Libertadores, to dla spragnionych tego sportu Argentyczykow transmitowane sa rowniez mecze lig europejskich oraz Champions Leage.
P
jak parrilla, czyli wielki grill, na ktorym przygotowuje sie w Argentynie asado. Nawet miejsca na polach namiotowych wyposazone sa w to niezbedne dla Argentynczykow urzadzenie.
R
jak Ruta 40, czyli najslynniejsza droga laczaca poludnie i polnoc Argentyny o lacznej dlugosci ponad 5000km. Na dlugich odcinkach nie jest ona wyasfaltowana. Dobrze chociaz, ze mordercza wielogodzinna jazde wynagradzaja piekne krajobrazy.
S
jak sjesta, czyli przerwa na posilek i drzemke podczas dnia, z reguly pomiedzy 13.00 a 17.00, chociaz mamy wrazenie ze w tym zakresie panuje w Argentynie zupelna dowolnosc.
T
jak tango. Narodzilo sie ono w dzielnicy La Boca (patrz: Boca) pod koniec XIX wieku. Buenos Aires zyje w rytmie tanga; na ulicy czasami mozna spotkac tanczace pary.

jak transport. My przemieszczalismy sie glownie autobusami, ktore wcale nie sa tanie (najdrozsze na poludniu!), ale zazwyczaj oferuja komfort nieznany Europejczykom. Na trasach dalekobieznych istnieja trzy rodzaje autobusow: semi- cama (najtanszy), coche cama i suite (total) cama (najdrozszy). Roznia sie komfortem foteli, przestrzenia pomiedzy poszczegolnymi fotelami i serowanym jedzeniem czy napojami. W autobusach typu suite (total) cama w cenie biletu serwowana jest nawet whiskey. Praktycznie kazde wieksze miasto posiada lotnisko- tarnsport lotniczy wydaje sie byc bardzo popularny wsrod Argentynczykow; niestety ceny biletow lotniczych sa duzo wyzsze dla obcokrajowcow niz dla autochtonow.
U
jak Ushuaia, czyli miasto na koncu swiata. Tylko 1000 km dzieli Ushuaie od Antarktydy i jest to odczuwalne w pogodzie: bylismy tam pod koniec lata, a temperatura wynosila okolo +5 stopni... i do tego oczywiscie bardzo silny wiatr.
W
jak wiatr. W Patagonii i Ziemii Ognistej wieje solidnie, w sposob niewyobrazalny dla Europejczykow, i to przez caly czas. Kelnerka w minibrowarze w El Chalten powiedziala nam, ze nigdy nie wychodzi z domu bez okularow slonecznych, ktore chronia jej oczy przed fruwajacymi w powietrzu "roznymi rzeczami" (doslowny cytat).
jak wino. Calkiem dobre wino mozna kupic w sklepie juz za rownowartosc 8 zl. Najslynniejszy region winny to okolice Mendozy. Bardzo popularne (i nawet organizowane przez biura turystyczne) sa wycieczki rowerowe po okolicznych bodegach (czyli winiarniach)- bylismy bardzo ciekawi, jak wyglada powrot z takiej wycieczki po kilku- kilkunastu degustacjach :-)
Y
jak yerba mate - krzew, ktorego liscie podobne sa w smaku do zielonej herbaty. Argentynczycy nie moga bez niej zyc, pija ja wszedzie dolewajac wody z termosow, z ktorymi nigdy sie nie rozstaja.
Z
jak zawodowy wyprowadzacz psow (spacerownik)- zajecie bardzo popularne w Buenos Aires. Rekordzisci potrafia za jednym razem zabrac na spacer nawet 20 psow.
jak jedzenie. Argentynczycy to bardzo miesozerny narod. Podstawowe danie to oczywicie asado. Wolowina rzeczywiscie jest wysmienita i w ogole nie smakuje jak ta z polskich sklepow. Poza tym bardzo popularne sa empanady, kielbasa przypominajaca nasza kaszanke (ale bez kaszy), locro (zupa gulaszowa). Poza tym Argentynczycy uwielbiaja pizze. Na deser przepyszne lody albo ciastka, ktore w wiekszosci zawieraja dulche de leche. 

środa, 7 kwietnia 2010

Salta - przedsmak Boliwii

Nasz czas w Argentynie nieuchronnie dobiega konca. Po szesciu tygodniach tutaj spedzonych zmierzamy powoli w strone Boliwii. Wielkanocny poniedzialek zastal nas w Salcie. Jest to przepiekne miasto z licznymi przykladami kolonialnej architektury, imponujacymi kosciolami i duza iloscia zieleni. Na jej glownym placu, porosnietym wysokimi palmami, zycie tetni do poznych godzin nocnych.


 

Po zmroku wszystkie zabytki sa pieknie iluminowane.


Na ulicach panuje juz lekki chaos. Pojawili sie juz uliczni sprzedawcy rozmaitych przekasek. Coraz wiecej jest tez ludnosci indianskiej. Naszym wielkim odkryciem byla duza hala targowa wypelniona straganami z miesem, owocami, rozmaitymi pamiatkami i, przede wszystkim, licznymi jadlodajniami oferujacymi miejscowe specjaly za niewygorowana cene.


Nad Salta goruje Cerro San Bernardo. Mozna sie na nia dostac kolejka linowa lub pieszo, pokonujac 1070 kamiennych schodow. Nagroda jest widok na miasto z otaczajacymi je gorami.



Z Salty mozna wybrac sie tez na liczne wycieczki po okolicy. Glowna atrakcja sa tu wielobarwne gory i formacje skalne. Jako, ze polozone sa one przy drodze do granicy boliwijskiej, postanowilismy zrezygnowac z posrednictwa biur podrozy i zatrzymac sie w nich w drodze do Boliwii.

Nasza argentynska Wielkanoc - Mendoza

Od jakiegos czasu zastanawialismy sie gdzie zastanie nas Wielkanoc. Trafilo na Mendoze - stolice argentynskiego wina, polozona niemal u podnoza Aconcagui - najwyzszej gory Ziemii poza centralna Azja. Miasto wydalo nam sie bogate, z niska zabudowa i szerokimi alejami wysadzanymi platanami.


Jej glowny plac (Plaza Independencia) to tak naprawde duzy park z szeregiem fontann na srodku.


Byly to bardzo nietypowe swieta. Zatrzymalismy sie na campingu w ogromnym parku San Martin. Zajmuje on powierzchnie 420ha. Miesci sie w nim m.in. stadion, na ktorym rozgrywane byly mecze mistrzostw swiata w 1978 roku, ogrod zoologiczny i .... oczywiscie nasz camping.


Jako ze w niedzielne popoludnie ruszalismy w dalsza droge, swiateczny obiad zjedlismy dzien wczesniej. Jego podstawa byla oczywiscie argentynska wolowina, ktora faktycznie jest chyba najlepsza na swiecie. Wielkanocne sniadanienie moglo oczywiscie obyc sie bez swiatecznych zyczen i jajek. Na wieksze szalenstwa nie pozwolily polowe warunki panujace na campingu.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Bariloche


W zasadzie nie zamierzalismy sie nawet zatrzymywac w Bariloche. Polozone w argentynskiej krainie jezior wyglada tak naprawde jak szwajcarskie miasto gdzies w Alpach. Jednak chcac wydostac sie z Patagonii na polnoc nie mielismy wlasciwie wyboru. I cale szczescie.



Bariloche to najbardziej znany i najwiekszy gorski kurort w Argentynie. Otoczyny pieknymi polodowcowymi jeziorami i andyjskimi szczytami jest prawdziwym rajem dla wielbicieli wedrowek gorskich, wspinaczki, raftingu czy jazdy konnej i lowienia ryb. Czesto spotykalismy sie z okresleniem "takie argentynskie Zakopane". Po kilku dniach tu spedzonych stwierdzilismy, ze byloby ono bardziej trafne gdyby cale Tatry, razem z Zakopanem, przeniesc na nasze Mazury.
Tutaj tez po raz pierwszy w trakcie naszej podrozy spotkalismy Polakow. Wychodzac z dworca autobusowego natknelismy sie na chlopaka z Zakopanego, ktorego ojciec mieszka i pracuje w Bariloche, oraz jego dwoch kolegow.



Bezdroza Patagonii

Patagonia zajmuje jedna trzecia powierzchni Argentyny. Potrzeba kilku dni aby przejechac z jej jednego konca na drugi. W wiekszosci jest ona zupelnie plaska i niezamieszkana. Jedynym urozmaiceniem sa osniezone szczyty Andow w jej zachodniej czesci. Mijane po drodze miasta to tak naprawde kilka gruntowych ulic na krzyz, pare domow, stacja paliw i hotel.



Najbardziej znana tutejsza droga jest legendarna Ruta Nacional 40, prowadzaca przez 5000km z poludnia na polnoc Argentyny. Na dlugich, nawet kilkuset kilometrowych, odcinkach jest to po prostu utwardzona droga gruntowa, po ktorej nie mozna jechac szybciej niz 20km/h. Jej urokow moglismy doswiadczyc jadac z El Chalten do Bariloche.